Madagaskar

Adopcja Serca na wyspie Madagaskar. Program Adopcja Serca na wyspie Madagaskarze zaistniał dzięki współpracy Ruchu Maitri ze Zgromadzeniem Ojców Jezuitów. Program funkcjonuje w miejscowościach Finarantsoa i Amparibe.

Trudne warunki życia na Madagaskarze

Na Madagaskarze tylko co czwarta osoba ma dostęp do czystej wody. Jest to jeden z najsłabiej rozwiniętych krajów świata. Niezmiernie ważną pomoc, jaką jest zapewnienie edukacji, niosą tam polscy jezuici – następcy bł. Jana Beyzyma, który w trędowatych potrafił  dostrzec wartości.

“On rany dotyka i nie boi się”

Błogosławiony O. Jan Beyzym traktował trędowatych na równi z sobą. Chciał np. naśladować pobożność jednego z chorych, Michała, o którym powiedział: „A ja od tak dawna ksiądz i do tego zakonnik, a tak mi jeszcze daleko do tego, żeby choć w części być podobnym do Michała”. Jego gorliwość nie znajdowała zbyt wiele zrozumienia wśród współbraci pracujących na Czerwonej Wyspie. Miał porywczy charakter. Gdy pewien Polak odmówił złożenia jałmużny, a zamiast tego radził wystrzelać lub wytruć trędowatych, mówił: „Staram się kochać bliźniego jak siebie samego, nie sądzić i nie mieć nienawiści do nikogo, ale otwarcie ojcu przyznam się, że tego praktycznego doradcę, co w łeb wszystkim trędowatym by wypalił, strawić nie mogę”. Początkowo nawet Malgasze nie dowierzali, że Europejczyk nie boi się kontaktu z chorymi. Mówili: „patrzaj, patrzaj, on rany dotyka i nie boi się”. Nie od razu święty jezuita przywykł do kontaktu z trędowatymi. Z właściwą sobie autoironią pisał: „Do smrodu trzeba trochę się przyzwyczajać, bo tu nie wącha się kwiatów, ale czuje się smród trądu (smród nóg pocących się plus smród zgniłego mięsa albo ryby równa się smrodowi trądu)”.

Pomagaj niezależnie od wyznania

Jego świętość polega jednak m.in. na tym, że nie poddał się tym odczuciom, ale z czasem – jak sam pisał – widok ran nie robił na nim żadnego wrażenia. „Łaskocze wprawdzie koło serca, kiedy robię coś koło ran, ale to tylko dlatego, że wolałbym mieć te wszystkie rany na sobie, niż widzieć je na tych biedakach”. Nie uzależniał udzielania pomocy od wyznania: „W przyjmowaniu do schroniska tylko na dwie rzeczy zważać trzeba: czy jest miejsce wolne i czy proszący o przyjęcie jest trędowatym, wszystko inne w rachubę nie wchodzi”. Do przełożonego misji powiedział: „Niezbędny jest szpital, a nie takie jaskinie jak te, doktor i siostry miłosierdzia lub inne zakonnice”. Nie było jednak możliwe uzyskanie funduszy na ten cel od przełożonego misji. O. Jan Beyzym wielką ufność pokładał w Matce Bożej. Właściwie nie oczekiwał pomocy od przełożonych, pragnął jedynie, żeby mu się nie sprzeciwiali, a wtedy był pewien, że Maryja wszystko poprowadzi, jak należy. Zaczął zbiórkę pieniędzy za pośrednictwem „Misji Katolickich”. O pomoc prosił też swoich byłych wychowanków z Chyrowa.