| Prośba o modlitwę ze wschodniego Kongo |
|
Poniżej publikujemy dramatyczny list, który dotarł drogą elektroniczną pod koniec 2007 roku do lubelskiego ośrodka Ruchu Maitri z Ntamugenga we wschodnim Kongo gdzie placówkę misyjną prowadzą Siostry od Aniołów. Obok ośrodka zdrowia i dożywiania Siostry prowadzą mały szpital, programem Adopcji Serca w tej wiosce objętych jest ok. 300 dzieci. U nas niestety, dzieje się niedobrze. Jesteśmy od wczoraj na "wygnaniu" w Rutshuru. 27.12.2007 przeżyłyśmy "horror" w Ntamugenga. Od 6h rano zaczęły spadać bomby, sypały się strzały. Najpierw trochę oddalone, potem coraz bliżej, tuż przy naszym domu, w centrum samej wioski. Ponad 30 mieszkańców z sąsiedztwa skryło się w naszym domu. Najstraszniejszy był moment, kiedy bomby spadały koło naszego domu, huk był niesamowity, świst bomb przerażający. Bałyśmy się, że bomba spadnie na nas...że będzie już po nas. Leżeliśmy na podłodze w korytarzu i prosiłyśmy Aniołów by nas strzegli, modliliśmy się na różańcu. Około godz.13h strzały i bomby ucichły. Wojsko rebelianckie zaczęło "grasować" po wsi i okradać chaty mieszkańców naszej wioski. Do nas też się dobijali, ale na szczęście nie udało im się, bo brama jest dosyć solidna. Miałyśmy kontakt z parafią, z naszymi siostrami z Rwandy, z Polski. Wzywałyśmy UN, aby przyjechał nam na pomoc. Niestety, jak tylko dojechali do Rubare, wioski oddalonej o 8 km od Ntamugengi, miejscowa ludność obrzucała ich kamieniami, a oni wycofali całą operację. Wydostanie z tego "piekła" było możliwe dopiero na drugi dzień rano. Nie doczekałyśmy się pomocy ze strony UN, zaryzykowałyśmy same, że zajedziemy do Rutshuru. Poinformowałyśmy się o sytuacji we wiosce, że nie ma żołnierzy, pozbierałyśmy trochę rzeczy osobistych, aparaty centrum USG i monitor na salę operacyjną, komputer, drukarkę. Zabrałyśmy też ludzi, którzy ukrywali się u nas, zwłaszcza mamy i dzieci (4 rodziny).Wioska była opustoszała, drzwi domów wywarzone, okradzione… Na drodze, widok przerażający, leżały 3 trupy żołnierzy, w kawie przy drodze kolejne trupy. Najgorsze, że dzieci, które jechały z nami, widziały to wszystko. Widziałam strach i przerażenie w ich oczach. Na drodze mijałyśmy tłumy ludzi, którzy odważyli się wrócić po swoje mienie, żywność. Przechodzili koło tych trupów. Nikt nie śmiał ich ruszyć, bo byli to żołnierze "nieprzyjaciele". Jak tylko dojechaliśmy na parafię, żołnierze "nieprzyjaciele" pojawili się na nowo w wiosce, na drodze. Na pewno też "sprzątnęli" swoich zabitych. Dowiedzieliśmy się, że dokończyli akcje kradzieży we wiosce i ludzi wracających ze swoim mieniem. Bardzo dużo ludzi znalazło schronienie w najbliższych, spokojniejszych wioskach, gdzie tereny nie są zajęte przez rebeliantów. W Centrum Zdrowia zostało kilku pielęgniarzy z chorymi. Dobrze, że jest mur kamienny i porządna metalowa brama, która nie pozwala przedostać się nieprzyjacielowi do środka. Oni, oczywiście juz kilka razy chcieli się włamać po leki, do magazynów żywnościowych.Taka napięta sytuacja zaczęła się juz 24.12. Chciałyśmy pojechać do Rwandy, aby wspólnie z naszymi siostrami spędzić święta Bożego Narodzenia. Niestety, przejazd był niemożliwy. Wojska rebelianckie zainstalowały się w buszu, koło drogi. Wybuchami bomb i strzałami prowokowali swoich przeciwników do walki, z drugiej strony nie było odzewu. Dopiero porządna walka zaczęła się właśnie rano 27.12.Tak, więc Wigilię przeżywałyśmy razem z naszą wioską. Już o 16h była "pasterka", nie Msza Św., tylko celebracja prowadzona przez odpowiedzialnych. Radość dzieci była wielka, jeden maluch podszedł do mnie i mówi "ma soeur ninafurayi sana, Jesus amezaliwa" (Jestem szczęśliwy, wesoły, bo Jezus się narodził).Nie miałyśmy wieczerzy wigilijnej, jak się należy w ten dzień, zjadłyśmy, co miałyśmy: jajecznicę z pieczarkami z puszki, nawet nie miałyśmy opłatka.Ta prostota i ubóstwo warunków, w jakich się znalazłyśmy z Siostrą Basią w ten tak uroczysty dzień wcale mnie nie przeraził. Wręcz przeciwnie, pomógł mi pogłębić radość z narodzenia Jezusa w Betlejem. Jestem Bogu wdzięczna za to doświadczenie, za wszelkie łaski, Jego opiekę nad nami, ludźmi z naszej wioski w tych trudnych chwilach.Pomimo, ze miałyśmy tyle planów, zaprogramowanych spotkań m. in. rozdawanie ubrań świątecznych, spotkanie świąteczne dzieci, rodziców- ufam, że jak tylko sytuacja się unormuje dzieci, ludność, my siostry powrócimy do swoich codziennych zajęć. O to Was proszę oraz wszystkich rodziców adopcyjnych abyście się gorąco modlili.Niech Pan Wam błogosławi na Nowy 2008 Rok. S. Basia też serdecznie pozdrawia. Z Bogiem. S. Mirosława Leszkowska. |
| « poprzedni | następny » |
|---|